Annapurna Polsped Expedition 2017

2017-04-14 09:10:00



"Nic co przychodzi łatwo, nie ma prawdziwej wartości", czyli pierwsze dni (już nie) Polsped Cho Oyu Expedition 2017
Ostatnie 4 dni były jak emocjonalna kolejka górska. 11 kwietnia, nie bez przygód, dotarliśmy do Katmandu, niestety bez bagażu zgubionego przez linie lotnicze. Początek wiosennego sezonu wspinaczkowego w stolicy Nepalu, to czas ostatnich prac organizacyjnych przeplatanych spotkaniami ze znajomymi. W końcu światek himalaistów nie jest jakoś szczególnie liczny.

Martwiliśmy się decyzją Chińskiej Ambasady, która od kilku dni odmawiała wjazdu do Tybetu tym, którzy mają już w paszporcie wizę pakistańską, czyli każdemu kto wspinał się w Karakorum w ciągu ostatnich kilku lat. Próbowaliśmy różnych sposobów, ale koniec końców musieliśmy skapitulować przed chińską biurokracją. Zaczęliśmy szukać miejsca na logiczną, bezpieczną, techniczną drogę na 8000+ w Nepalu i nie na Dhaulagiri, Makalu lub Evereście. Wybór padł na północno-zachodnią ścianę Annapurny (8091 m). Aby nie aklimatyzować się na niebezpiecznej - w przypadku tej góry - drodze normalnej, jedziemy w sumie na dwie wyprawy. Naszym pierwszym celem jest Tilicho Peak (7134 m) Zdobycie szczytu dałoby nam aklimatyzację potrzebną do wejścia na Annapurnę. Na blisko czterokilometrowej północno-zachodniej ścianie będącej naszym drugim celem są tylko dwie skończone linie. Pod Annapurnę polecimy śmigłem.

Wczoraj zagubiony bagaż się odnalazł, odwiedziliśmy Elizabeth Hawley, a nasz nowy cel ekscytuje nas bardziej niż poprzedni. Podzieliliśmy część sprzętu między dwie bazy więc na jakieś 10-14 dni będziemy mieli ograniczony dostęp do telefonu satelitarnego i kontaktu ze światem. Z kolei dzisiaj zaczął się w Nepalu Nowy Rok: 2074, z tej też okazji życzymy Wam wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

Trzymajcie kciuki za powodzenie wyprawy: Annapurna Polsped Expedition 2017

On 11 April we managed to reach Kathmandu, our luggage had been lost though. The beginning of spring in the capital of Nepal is a special time spent organising things and meeting friends. Well, there are not so many himalaists...

We were worried about the decision of Chinese Embassy which recently had refused to grant a visa to people who have a Pakistani stamp in their passport (needless to say that everybody who has climbed in Karakorum has such a stamp). We tried a few possibilities but eventually we had to give in to Chinese bureaucracy. We began to look for a place for a logical, safe and technical route at an altitude of 8000+ in Nepal (but not Dhaulagiri, Makalu or Everest). Our choice is Annapurna, north-west face. We want to acclimatize at Tilicho Peak (7134 m) which is our first aim. After that, we will take a helicopter to get to the Annapurna base camp.

Yesterday, our lost luggage was found, we visited Elizabeth Hawley and our new aim makes us totally excited. Our equipment has been divided into two parts for two base camps so during the nearest 10-14 days our access to satellite phone and contact with the world will be limited. As it is New Year 2074 in Nepal today, we want to wish you Happy New Year!

And keep your fingers crossed for Annapurna Polsped Expedition 2017
 
 

8h in Jeep

2017-04-16 10:44:00



8 godzin w Jeepie... 360 VR
 

Trekking do bazy pod Tilicho

2017-04-16 16:30:00





Dzisiaj rozpoczęliśmy trekking do bazy pod Tilicho. Pozdrawiamy was z Manang.
Today we started a trek to Tilicho peak BC. Best regards from Manang.
#AnnapurnaPolspedExpedition2017

 
 
 

W drodze na Tilicho Peak

2017-04-20 21:28:00

14 – 19 kwietnia
Z ulgą opuściliśmy Katmandu i ruszyliśmy w góry z nowym planem. Po 10 godzinach w autobusie pokonującym wyboistą trasę dotarliśmy do Bise Shahar. Jest to punkt startowy trekingów, które okrążają masyw Annapurny. O tej porze roku trasa jest przejezdna, dlatego też kontynuowaliśmy naszą podróż jeepem. Wyboje z dnia poprzedniego wydawały się niczym w porównaniu z tymi nowymi, dlatego też myśleliśmy nad tym, czy marsz nie byłby lepszą opcją. W każdym razie, udało nam się w ciągu jednego dnia dotrzeć do Humde na wysokości 3 280 m, a 16 kwietnia zaczęliśmy marsz ciesząc się otaczającymi nas górami. Po 7 godzinach dotarliśmy do ostatniej zamieszkanej na stałe osady w dolinie Kangsar (3 735 m). Następnego dnia dotarliśmy do bazy głównej: Base Camp Lodge, w której mieliśmy spędzić kolejne dwie noce. 18 kwietnia wspięliśmy się do poziomu jeziora Tilicho, które to jezioro okoliczna ludność uznaje na najwyżej położone na świecie.

Teraz, jest całkowicie pokryte lodem, ale mieliśmy stamtąd piękny widok na nasz pierwszy cel i musieliśmy przyznać, że zrobił wrażenie dominując nad północno-zachodnim krańcem horyzontu. Następnego dnia, opuściliśmy komfortowe warunki naszej bazy głównej, aby na samym końcu jeziora założyć naszą właściwą bazę na następne 10-12 dni. Jako że uważamy się za silnych wspinaczy, nie do końca właściwie oceniliśmy jak wymagającym może być zwykły treking w Nepalu. Przemierzenie przełęczy Eastern Tilicho z ciężkimi plecakami i w pogarszającej się pogodzie wiązało się on z o wiele większym wysiłkiem, niż myśleliśmy. W końcu, po 8 godzinach, znaleźliśmy dogodne miejsce na bazę na północnym końcu jeziora, tuż u stóp naszej pięknej góry. Z wielkim szacunkiem patrzymy na naszych hapsów (high altitude porters), którzy przemierzyli tę trasę ze znacznie cięższymi ładunkami. Możemy sobie być lepiej wyposażeni, mieć lepsze umiejętności techniczne, ale nigdy nie będziemy tak twardzi, jak oni. 



photo 1: Na grani podczas drugiego dnia wspinaczki. On the ridge during second day of climb.
photo 2: Rick i Felix trawersują jedno z wielu pól śnieżnych. Rick and Felix traversing one of many snow fields.
photo 3: Ostatnie lodowe nachylenie poniżej grani. Last icy pitch below the main ridge.


14 – 19 April
It was a relief to leave Kathmandu for the mountains with our new plan. We reached Bise Shahar after 10 hours of bumpy bus ride, the original starting point for the popular trek which circumnavigates the Annapurna massif. These days, the track is motorable beyond Manang and we continued by jeep, making the bumps of yesterday pale into insignificance and walking seemed like a better option. Nevertheless, we appreciated the car as time was precious for us and we could reach Humde at 3280m in one day. Finally, on the 16th we  could start walking and enjoy the mountains around us. After 7 hours, we reached the last permanent settlement of the valley, Kangsar at 3735m. The next day, we gained another 400m and spent the night at the Tilicho Base Camp Lodge which was to be our home for the next two nights.

One the 18th we walked up to Tilicho Lake, which the locals call the highest lake in the world, now completely ice covered. From here, we had a good view of our first goal, Tilicho Peak and admitted it was quite impressive, dominating the NW skyline. The next day, we left the comfort of the lodge and set out to reach the far end of the lake to establish our true base camp for the next 10 -12 days. Thinking of ourselves as strong climbers, we underestimated how hard, regular trekking in Nepal can be as it took a lot of effort to cross the Eastern Tilicho pass at 5340m with heavy packs in worsening weather. Finally, after 8 hours we reached a fine spot by the Northern end of the lake, close to the foot of our intended objective. We have huge respect for our porters who crossed the pass with heavier loads. We may be well equipped and technically skilled but we shall never be as tough as they are.




photo 1: Człowiek i góra. Louis spoglądający na naszą trasę. Man and the mountain. Louis looking at our route.
photo 2: Louis poniżej grani. Louis just below the first ridge.
photo 3: Nasz obóz pierwszy. Our camp one.


 
 

Tilicho Peak ciąg dalszy...

2017-04-25 17:33:00

20 – 25 kwietnia 
20 kwietnia był dniem na wypoczynek i organizację w naszej skromnej bazie składającej się z namiotu kuchennego i naszych namiotów. Ram i Janga okazują się doskonałymi kucharzami i kierownikami bazy. 21 kwietnia wreszcie zaczęliśmy robić to, po co tu przyjechaliśmy. Wspinaczka zaczęła się stromym piarżyskiem i śnieżnymi stokami, które zaprowadziły nas do pierwszego potrzaskanego skalnego pilaru, po którym wspięliśmy się szybko i bez dotykania starych poręczówek (nie można było im ufać). Wiedzieliśmy jednak dzięki nim, że wcześniejsze zespoły korzystały z tej drogi. Około 13.00 Rick dotarł na grań, co było naszym celem na ten dzień, więc zaczęliśmy szukać miejsca na założenie obozu. 80 metrów niżej, po drugiej stronie grani, znaleźliśmy wygodne i bezpieczne (na szczycie linii seraków) miejsce na obóz. Po dość spokojnej nocy zaczęliśmy wspinaczkę po drugim skalnym pilarze złożonym głównie z płatków kukurydzianych (określenie Rick’a) lub kociego żwirku (Louis’a) Felix poczuł się na tyle pewnie, że ostatni stromy wylodzony odcinek pokonał bez asekuracji i dotarł jako pierwszy dotarł na początek głównej północnej grani Tilicho Peak na wysokości ok. 6 100 m.

Wietrzna grań nie była zbyt gościnnym miejscem na następny obóz, ale Adam znalazł kryty kanion utworzony przez zasypaną szczelinę otoczoną serakami. Wydawało się, że nie mogliśmy znaleźć lepszego miejsca, ale w nocy, nasza szczelina stała się tunelem powietrznym, w którym przyszło nam walczyć z nacierającym śniegiem w naszych wysoce prototypowych namiotach wysokościowych. Po wielu bezsennych godzinach i z niewielką ilością gazu do gotowania zdecydowaliśmy się na zejście – wszak nasz cel obejmujący wstępną aklimatyzację został osiągnięty.

Na początku, nie do końca mieliśmy pomysł, jak zejść stromym terenem, który pokonaliśmy poprzedniego dnia. Ostatecznie postanowiliśmy wykorzystać szpej (głównie haki) pozostawione przez wcześniejszych wspinaczy. Zejście metodą zjazdów okazało się najlepszym i najbezpieczniejszym sposobem. Szybki postęp ułatwiło nam też to, że Adam skutecznie przeprowadził grupę przez skomplikowany teren i założył stanowiska zjazdowe. 

W końcu dotarliśmy do bazy cali, zdrowi, zmęczeni, ale i szczęśliwi, w sam raz na późny lunch. Na sen nie musieliśmy długo czekać. Dzisiaj cieszymy się odpoczynkiem i nowym ekwipunkiem, który pozwala wreszcie na szachowe rozgrywki!



photo 1: W drodze do bazy głównej Tilicho Peak. On the way to Tilicho BC.
photo 2: Adam w czasie pierwszego dnia wspinaczki. Adam during the first day of a climb.
photo 3: W drodze do bazy: Base Camp Lodge. On the way to Tillicho Lodge.


20th - 25th April
20th April was a resting and organising day at our minimal base camp comprising kitchen tent and personal tents but still it feels good to be alone in these beautiful surroundings. Ram and Janga are proving to be excellent cooks and base camp managers. On 21st April we finally did what we really came for, we went climbing. The initial steep scree and snow slopes led to the first broken, rocky pillar, which we climbed quickly without touching the old, faded and unreliable fixed rope, indicating this line had been followed by previous teams. At around one o’clock, Rick reached the ridge which was our aim for the day and searched around for a camp site. Descending around 80m, on the other side of the ridge, we were able to find a comfortable and safe site on top of a line of seracs (ice cliffs). After a relatively comfortable night, we continued up the ridge to reach a second rocky pillar, composed largely of cornflakes (Rick) or kitty litter (Louis) and Felix was comfortable to continue unroped over the last steep, icy section and was first to gain the start of the main North ridge of Tilicho Peak at about 6100m.

The windy ridge was not a hospitable place for our next camp but Adam found a apparently sheltered canyon formed by a crevasse amongst the seracs. It seemed we could not have asked for a better end to a good day, but during the night, our crevasse became a wind tunnel and we battled incoming snow in our prototype high altitude tents and the effects on our bodies of a first night at 6150m. After sleepless hours and with little cooking gas left, we decided to descend, having accomplished our initial acclimatisation aims.

At first, the best descent of the steep terrain we had climbed the day before  was not clear but we made good use of the pitons abandoned by previous expeditions and collected thoughtfully by Louis the day before. Rappelling proved to be the best and safest way to descend and we made good progress as Adam navigated the complex terrain and efficiently set up fresh anchors.

We reached base camp safe and sound in time for a late lunch, tired and happy. Sleep came easily.
Today, we are enjoying our rest day and a newly arrived mess tent finally provides a venue for playing chess.
 
 
 
 
 

W bazie zima...

2017-05-03 20:02:00



W bazie zima...
Winter at Base Camp...
 

Tilicho Peak galeria

2017-05-04 11:42:00



#AnnapurnaPolspedExpedition2017
 
 

Tilicho Peak zdobyty!

2017-05-07 15:35:00

Dziś udało nam się zdobyć Tilicho Peak! Niestety bez Louisa, któremu skończył się czas i musiał wracać. Jutro schodzimy do bazy, a pojutrze lecimy do bazy pod Annapurną. Wkrótce postaram się opisać bardziej szczegółowo ostatnie dni.

We have managed to climb Tilicho Peak! Unfortunately, without Louis who had run out of time and had to go back home. Tomorrow we are going down to the base camp and the next day moving to Annapurna base camp. I'll try to give you more details soon.

#AnnapurnaPolspedExpedition2017


 
 
 
 
 
 

Tilicho Peak atak szczytowy galeria

2017-05-10 22:21:00



#AnnapurnaPolspedExpedition2017
 

Tilicho Peak Summit 7134m

2017-05-10 23:43:00


 

Kierunek Annapurna

2017-05-16 23:30:00

9 – 15 maja
Teoretycznie, mieliśmy 9 maja przedostać się helikopterem do bazy pod Annapurną. Niestety, dosłownie wisiały nad nami ciężkie chmury, a dolina Katmandu cała była w deszczu. Trek poprowadzony w 1950 r. przez zespół francuski, który dokonał pierwszego wejścia na Annapurnę jest tak niebezpieczny, że wszyscy wolą drogę powietrzną. Pogoda poprawiła się nieco następnego dnia, dlatego Felix z Adamem zeszli do Jomsom. 11 maja pogoda poprawiła się na tyle, że Rick wystartował z bazy i skierował się do Jomsom, gdzie Adam i Felix, rozpoznawszy dźwięk nadlatującego helikoptera, ruszyli biegiem w kierunku lądowiska. W międzyczasie sprzęt i bagaże zostały przetransportowane do bazy, pilot helikoptera przetransportował ostatecznie wszystkich, na koniec dowiózł też świeże jedzenie. Wreszcie, znaleźliśmy się na miejscu.

Ponad lodowcem ulokowały się też zespoły: włoski, hiszpański i chiński, które chciały powtórzyć francuską drogę z 1950 r. W ostatnich dniach udało im się zdobyć szczyt, podczas gdy w nas narastała frustracja z powodu długoterminowej złej prognozy pogody zapowiadającej silny wiatr: 90 km/h. Ich opowieści o zagrożeniu lawinowym i obrywaniu się seraków tylko potwierdziły niebezpieczeństwa związane z drogą klasyczną, przez co nie mieliśmy wątpliwości, że nasz wybór Tilicho Peak na aklimatyzację był dobrym wyborem. Przygotowani i zaaklimatyzowani czekamy na odpowiednią pogodę i mamy nadzieję zdążyć przed monsunem. Nasza drogą jest kuszącym i wyjątkowym, ale też wykonalnym wyzwaniem. Trudniejsze wybory przed nami wiązać się będą z podejmowaniem decyzji w aspekcie otwierających i zamykających się okien pogodowych oraz chwil ze słabnącym wiatrem.

9th – 15th May
In theory, we were to transfer to Annapurna N base camp by helicopter the following day, 9th May, but cloud cover was too heavy and the Kathmandu valley was shrouded in rain. The trekking route to the original base camp used by the French first ascent team in 1950 is now so dangerous for porters that all expeditions now fly into this camp. The next day was little better and Felix and Adam descended to Jomsom leaving Rick with the sirdar at base camp. As luck would have it, the following day was perfect for flying and Rick guided the little red and white helicopter into land shortly after 7.30. Meanwhile, in Jomsom, Adam and Felix recognised at once the sound of the helicopter and hurried across to the helipad. ‘Have you seen a red helicopter?’ they asked. An official tried to check their documents (they had none) while they insisted all the more strongly they needed to be on the red helicopter when it landed. Meanwhile, the red helicopter had transferred all of the expedition’s baggage to Annapurna and was taking Rick and Ram to the new base camp. Other members in Jomsom, the pilot was told. Satellite SMS messages were exchanged and the pilot agreed to pick them up. An hour later, the team was re-united under the shadow of Annapurna and a fourth flight delivered fresh food and equipment. We were finally in place

We were sharing the open slopes above the North Annaupurna glacier with small Italian, Spanish and Chilean teams who were all on the mountain, pushing for the summit via the 1950 French route. This period of low wind enabled the established teams to complete their ascents while the new arrivals could only look at the longer term forecast of strong (90kph) summit winds in frustration. When the successful pairs descended, their tales of avalanche risk and serac collapse confirmed the dangers associated with the classic route and re-affirmed our team’s choice of Tilicho Peak for acclimatisation. With our team in place and acclimatised, our chances hang on the weather in the final weeks of the pre-monsoon season. Our chosen route beckons; extremely challenging yet feasible. There will be difficult choices for us as the available window closes and we await a break in the high winds.



27 kwietnia – 8 maja
Wcześnie rano 27 kwietnia ruszyliśmy na szczyt Tilicho Peak. Po ok. 9 godzinach dotarliśmy do szczeliny, tunelu powietrznego i naszego obozu na grani. Ponieważ w większości mieliśmy za sobą ciężką noc, postanowiliśmy poczekać z atakiem szczytowym do następnego dnia. Przebudziliśmy się o 2. w nocy, ale względu na coraz mocniejszy wiatr, musieliśmy dać sobie więcej czasu. W końcu, niechętnie podjęliśmy decyzję, że trzeba schodzić do bazy. Kolejne dni przynosiły poważne opady śniegu, przez co chwile wypoczynku przeplataliśmy odkopywaniem namiotów. Nasz ambitny plan, by szybko zdobyć aklimatyzację na Tilicho okazał się zbyt optymistyczny. Louis, który miał z nas wszystkich najmniej czasu, 3 maja był zmuszony zrezygnować i z pomocą Adama zszedł do wioski Jomsom. 5 maja miał już zapewniony lot do Katmandu, a Adam pokonał 2500 metrów przewyższenia wracając do naszej bazy. W międzyczasie okazało się, że otwiera się okno pogodowe, dlatego też nasza trójka (Adam, Felix i Rick) ruszyła w górę do doskonale już znanej szczeliny na wysokości 6200 m. Tym razem, już bez zawahania, ruszyliśmy o 7. rano następnego ranka przemierzając tereny bogate w miękki, głęboki śnieg, szczeliny i seraki. O 14.00 stanęliśmy na szczycie (7134m), gdzie mogliśmy zrobić kilka zdjęć, udało nam się też rzucić okiem na północno-zachodnią ścianę Annapurny – nasz następny cel. Tego samego dnia zeszliśmy do obozu, a następnego dnia do bazy.

27th April – 8th May
Early on 27 April we set off up Tilicho Peak again in search of acclimatisation, and in approximately 9 hours gained our crevasse, wind-tunnel, camp site on the ridge. Most of us had a bad night and we postponed pushing further until the following day. We awakened at 2.00 but the wind had gained in strength and did not relent. Finally, at 6.00 we reluctantly decided to begin the descent and were glad to reach base camp a few hours later. The following days saw repeated heavy snowfalls, totalling around a metre at base camp and we spent the time recovering and digging out our tents. The plan to acclimatise rapidly on Tilicho Peak was proving to be too optimistic. For Louis, whose available time was more limited than the rest of us, the opportunity ever to progress to the main objective on Annapurna was vanishing and on 3rd May he reluctantly descended to the village of Jomsom with the help of Adam. On 5th, Louis was able to secure a flight to Kathmandu and Adam completed the 2500m of ascent to base camp. Meanwhile, a forecasted weather window had opened and Adam moved straight on upwards the following day with Rick and Felix to the familiar crevasse at 6200m. This time, there was no hesitation, we set off at 7.00 the following morning, moving together over soft, deep snow patches and hard neve, over crevasses, through rock bands and around seracs to reach the summit of Tilicho Peak at 14.00. Satisfied with this fine, 7134m peak, we snatched some photos as clouds built and gained a glimpse of the NW face of Annapurna, our next objective. The descent took us back to our crevasse and the following day we regained base camp.


 
 

Annapurna BC

2017-05-22 19:22:00



Relacja 4

Wspinając się na Tilicho Peak  zdobyliśmy cenną aklimatyzację, udało się dostać do bazy pod Annapurną. Teraz wszystko zależało od pogody. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy na trzy bezwietrzne dni bez opadów potrzebne do zrealizowania naszego wymagającego celu. Niestety prognozy zmusiły nas do zrewidowania oczekiwań i koniec końców postanowiliśmy zaatakować pomimo zapowiedzi tylko jednego dnia słabszego wiatru. 17 maja rozpoczęliśmy naszą próbę zdobycia północno zachodniej ściany Annapurny w czystym stylu alpejskim. Styl  ten często bywa nazywany lekkim ale ciężko było to docenić gdy podnieśliśmy nasze ważące po 23kg plecaki. Paradoksalnie najpierw musieliśmy się obniżyć o około 200 metrów aby z wysokości 3900 metrów rozpocząć wspinaczkę poprzez teren usiany wielkimi blokami skalnymi doprowadzający nas do moreny lodowca spływającego z naszej ściany. Przeprawa przez silnie popękany lodowiec zajęła nam prawie całe popołudnie. W międzyczasie jak co dzień zaczął padać śnieg a widoczność spadła prawie do zera. W ostatnich promieniach zachodzącego słońca rozbiliśmy nasz trzyosobowy namiot na płaskim odcinku lodowca na wysokości około 5000 metrów.

Blisko godzinę zajęło nam następnego ranka dojście pod wielkie, trójkątne skalne żebro za którym znajdował się lodowy kuluar, wyznaczający trasę naszej wspinaczki. Po przekroczeniu szczeliny brzeżnej rozpoczęliśmy wspinaczkę na przednich zębach raków. Nie wiedzieliśmy wtedy, że przez trzy kolejne dni nie znajdziemy ani jednego płaskiego miejsca w którym można by normalnie stanąć i odpocząć. Początkowo śnieżny kuluar szybko zamienił swój charakter na lodowy i ciągnął się przez kilkaset metrów z jednostajnym nachyleniem około 55 stopni. Zanim osiągnęliśmy jego zwieńczenie zaczął padać popołudniowy śnieg wyzwalający coraz większe i częstsze lawiny pyłowe. Wobec braku jakiegokolwiek miejsca biwakowego zaczęliśmy wykuwać w lodzie małą platformę  u podstawy bariery skalnej w której mogliśmy przynajmniej założyć przyzwoitą asekurację. W pewnym momencie nie byliśmy już w stanie pracować nad naszym miejscem biwakowym i przez blisko godzinę kurczyliśmy się bezradnie na stanowisku w nadziei, że pyłówki wkrótce się skończą a nie zamienią w dużą lawinę, która zmiecie nas ze ściany. Razem z zachodem słońca ciągły ostrzał ustał a nawet zostaliśmy nagrodzeni pięknym widokiem na wschodnią ścianę Dhaulagiri. W końcu nasza półka o wymiarach 60 x 200 cm była gotowa. Zmęczeni zasiedliśmy w rządku, zawinieliśmy się w materiał namiotu i z nogami dyndającymi w powietrzu rozpoczęliśmy topienie śniegu. Odpoczynek był raczej wątpliwej jakości za to widoki fenomenalne.

19 maja wolno zbieraliśmy się z naszego biwaku. Spakowanie namiotu i plecaków wymagało sporo ostrożności gdyż chwila nieuwagi oznaczała by utratę cennego sprzętu. Zaraz za naszą barierą skalną rozpoczynał się szeroki, wznoszący się w prawo zachód lodowy, którym ruszyliśmy z lotną asekuracją. Trudno powiedzieć czy to z powodu mało komfortowej nocy, dwóch dni wspinaczki w nogach czy też cienkiego i kruchego lodu pokrywającego płyty skalne poruszaliśmy się wolniej niż podczas poprzednich dni. Jak zwykle koło południa rozpoczął się opad śniegu – do tego się już przyzwyczailiśmy za to do pyłówek przyzwyczaić się było nie sposób i każda kolejna tak samo podnosiła nam i tak całkiem wysoki poziom adrenaliny. Na godzinę przed zmrokiem zrozumieliśmy, że i tego dnia nie znajdziemy żadnego miejsca biwakowego. Na wysokości 6500 metrów próbowaliśmy wykuć lodową półkę na kształt tej z dnia poprzedniego ale tym razem pod cienką warstwą lodu znajdowała się stromo nachylona, gładka skała więc skończyło się na wiszeniu w uprzężach na solidnym stanowisku złożonym z dwóch haków, kości i frienda. Kolejny raz zawineliśmy się w płachtę namiotu i rozpoczęliśmy skomplikowany w tych warunkach proces topienia śniegu. Wisząc, nie mieliśmy szans na ubranie dodatkowych spodni, zmianę skarpet czy wsunięcie się w śpiwór. Z tej perspektywy poprzedni biwak wydawał się niezwykłym luksusem. Każdy ruch w poszukiwaniu pozycji odciążającej nasze obolałe od ucisku uprzęży ciała powodował obsuwanie się drżących z zimna kolegów.  Jeden z nieuważnych ruchów spowodował rozdarcie podłogi namiotu nieprzystosowanego do podwieszania dzięki czemu zyskaliśmy nowe okno na rozciągający się 1500m poniżej nas lodowiec. Sytuacja zaczęła się pogarszać kiedy w nocy spadła jedna z karimat. O poranku podczas próby wyplątania się z naszego biwaku przez dziurę w podłodze wypadł jedyny wypakowany tej nocy śpiwór należący do Felixa. Do tej pory kwestia tego czy po biwaku ruszymy w górę czy w dół była wciąż otwarta. Z jednej strony pokonaliśmy już połowę ściany i mieliśmy przekonanie, że damy sobie radę z trudnościami technicznymi pozostałej jej części, mieliśmy też pod dostatkiem jedzenia i gazu. Jednakże codzienny opad śniegu był co najmniej niepokojący, mieliśmy też świadomość, że poruszamy się coraz wolniej a po dwóch praktycznie bezsennych nocach raczej nie przyśpieszymy. Gdybyśmy kontynuowali naszą wspinaczkę to ewentualny odwrót stał by się bardzo trudny a przebicie się do grani szczytowej wymagało by pełnego zaangażowania i postawienia wszystkiego na jedną kartę. Utrata śpiwora ostatecznie przeważyła szalę argumentów na rzecz zejścia. Kilka nocy powyżej 6500m. bez tego podstawowego elementu wyposażenia było trudne do wyobrażenia nawet gdybyśmy znaleźli przyzwoite miejsce biwakowe w co sami nie bardzo wierzyliśmy.

Dziewięć godzin,  20 zjazdów z abałakowów i kilkaset metrów zwspinania później, dotarliśmy na lodowiec. Nie bez poczucia ulgi rozbiliśmy nasz „ranny” namiot na płaskim śniegu.  Gotowaniu pierwszego porządnego posiłku od dwóch dni towarzyszył nieustanny dźwięk chodzących dookoła lawin. Wiedzieliśmy, że podjęliśmy słuszną decyzję o odwrocie. Cały kolejny dzień zajęło nam zejście przez lodowiec i jego morenę. Podchodząc w ulewie ostatnie dwieście metrów do bazy zrozumieliśmy, że nie było żadnego okna pogodowego, przecież to miał być nasz dzień szczytowy.

Louis Rousseau i Adam Bielecki mieli pomysł zrobienia nowej drogi na Cho Oyu. Do projektu zaprosili Ricka Allena i Felixa Berga. Przeszkody natury biurokratycznej sprawiły, że zespół musiał obrać nowy cel. Ograniczenia czasowe zmusiły Louisa do wcześniejszego powrotu do kraju ale Adam, Felix i Rick w dobrym, lekkim stylu weszli na Tilicho Peak.  Pokonali również połowę bardzo poważnej północno wschodniej ściany Annapurny I zanim zawrócili w kiepskiej pogodzie. Wzajemne zaufanie i podejmowanie odpowiednich decyzji podczas takiego przedsięwzięcia to sprawa życia i śmierci dlatego większość powie, że przejście takiej drogi należy planować w zespole z którym przewspinaliśmy się tysiące metrów.  Adam Felix i Rick nigdy wcześniej nie wspinali się razem ale z przyjemnością zwiążą się liną w przyszłości. Oprócz bezpiecznego zejścia w doliny to chyba jest najlepszą miarą sukcesu ich wyprawy.

Zobacz galerię zdjęć

Dispatch no. 4

We had successfully acclimatised on Tilicho Peak, moved to Annapurna N base camp and now everything hinged on the weather. We were really looking for an ideal ‘weather window’ of three days of low wind at 8000m combined with little or no precipitation. Gradually, it became clear it would not be happening. We lowered our expectations and grasped at the promise of a single day of low wind followed by a day of high snow fall. We set off on Wednesday, 17th May on our pure ‘alpine style’  attempt on the NW face of Annapurna. Alpine style is often equated with light-weight style but as we shouldered our 23kg+ packs, the lightness was difficult to appreciate. Our route, paradoxically, led us first down to the glacial lakes at the foot of the N Annapurna glacier, 200m below our base camp (4100m) before climbing slowly over boulder strewn terrain leading towards the moraines below our face. The glacier is extremely fractured and we toiled over alternating rock strewn ridges and abrupt, icy slopes separating deep fissures of crevasses before emerging onto more snowy glacier in the late afternoon. Here, as the characteristic snow shower passed, we pitched our 3 person tent on a flat spot around 5000m and caught the last rays of the evening sun.

An hour next morning took us to the base of a huge triangular buttress and an icy couloir running up its right hand side. We crossed the bergschrund (major crevasse) which separates the glacier from face and began to climb. This was to be the last moment for the next 3 days we had flat ground the size of six boot prints under our feet. The couloir started as a snow slope but increasingly hard icy streaks predominated at an average of about 55 degrees. It was also long, longer than we had estimated and the afternoon snow showers were well developed as we approached its top. No break in the angle provided any relief for a bivouac site so we began to cut a ledge in the ice at the foot of a rock wall where we could secure the rope. Torrents of spindrift poured intermittently down the wall and during these interludes we variously crouched or hung on, alert to the possibility that a full airborne avalanche may develop. At sunset, the snow relented once more and we had a glimpse of the sun and the Eastern flanks of Dhaulagiri. Finally, we had a ledge for half a tent and we could sit in a row, belayed inside our tent fabric with a single pole keeping it off our faces with our legs hanging free. We cooked a simple meal and brewed many hot drinks before lapsing into fitful rest. Through the tiny vent we watched a clear, starlit night develop over the central Nepal Himalaya.

Getting moving in the morning was slow as we melted more snow for hot drinks, carefully unwound our safety lines which attached everything to the wall and ourselves and packed our sacks. The icy slope slanted right from the top of the couloir and we chose to rope up from the start, one climber leading and placing ice screws as the other two followed simultaneously. Whether because of the sleepless night, the effect of two days effort or the brittle, thin ice over rock, we were moving more slowly than the day before and yet again the snowfall began and we had no-where to place a tent. The descending spin drift clouds added urgency to our search and one hour before dark we tried to make something of a sloping rock ledge at 6500m. This sloped alarmingly and gathered so much snow that at the end we were hanging in our harnesses from our belay points, shrouded in tent fabric. No question of removing our boots to change into dry socks, adding warm clothing and only with the greatest efforts by Felix did we manage to melt some snow to produce a drink. By contrast, the sitting bivouac of the previous night had been luxurious. We constantly disturbed one another as we sought to shift our positions to alter the pressure of harnesses on our bodies and shivering became almost constant. When one careless movement produced a rip in the tent ( not designed to be hung exactly like this) we suddenly had a new view of the world, through the hole in floor to the glacier far below. Things deteriorated overnight as we lost one sleeping mat to the abyss and in the morning as we began to extricate ourselves from the bivouac, one sleeping bag slipped through the cellar door and disappeared. It was an open question up to this point whether we should continue upwards or descend. On the one hand, we had climbed half the face, we had confidence we could handle the technical difficulties and we ample food and gas for several more days. However, the incessant afternoon snowfall was alarming, we had slowed on the second day and after two practically sleepless nights we were not going to accelerate. From here onwards, retreat would become much more serious and breaking through to the summit ridge would require full commitment. The loss of one member’s sleeping bag tilted the argument firmly in favour of descent. Multiple nights above 6500m without a bag would be impractical, even if we could find tent sites in the steep terrain above us, which seemed unlikely.

Nine hours,20 rappels from ‘Abalakov’ ice belays and several pitches of downclimbing later, we were back on the glacier, not a little relieved and glad to pitch our wounded tent on some flat snow. As we cooked up the first meal for two days, the sound of powder snow avalanches pouring down the face confirmed our decision to descend. Another full day took us back down the glacier and its moraines to the welcoming tents of base camp. Toiling back up from the glacial lakes, as the evening sleet continued, it became clear there never really was a ‘summit weather window’.

Louis Rousseau and Adam Bielecki had conceived of a new route on Cho Oyu. They invited Rick Allen and Felix Berg to join them. Bureacratic obstacles had frustrated the original vision but a new objective had been formulated. Time constraints had taken Louis home early but Adam, Felix and Rick successfully climbed Tilicho Peak. They climbed half of the extremely serious NW face of Annapurna I before retreating in bad weather. The decision making on this kind of enterprise is crucial and most of us would say we would only contemplate such a route with someone we have climbed with extensively. Adam, Felix and Rick had never climbed together before but would gladly do so again. That is one measure of success.

Expedition gallery

Annapurna BC 22.05.2017